Historia #3

Historia #3

Jestem osobą bardzo szczupłą, tzn przy 170 cm wzrostu ważę ok 51 kg i to co dla wielu kobiet byłoby zapewne błogosławieństwem, dla mnie jest przekleństwem. Historia mojej depresji zaczyna się tuż po pierwszym porodzie. Pierwszy poród miałam bardzo trudny, długi, wyczerpujący, naturalny ale zakończony użyciem próżnociągu. Było tam z perspektywy czasu kilka błędów lekarza i tak naprawdę powinien się zakończyć cięciem cesarskim bo już od początku były do tego wskazania. Na szczęście po ponad 16h porodu udało się urodzić zdrową, trzykilogramową córkę. W szpitalu po porodzie byłam na hormonalnym haju i wiele sytuacji ze strony personelu nie powinno mieć miejsca, które miały ogromny wpływ na moje zdrowie. Niestety dopiero z czasem się o tym przekonałam. Miałam sporo problemów fizycznych po porodzie: z kręgosłupem, z hemoroidami, a także ginekologicznych po użyciu próżnociągu i tym jak lekarze dosłownie w cztery osoby wbijały mi łokcie w brzuch, żeby wycisnąć ze mnie córkę. Szpital 5 dni po porodzie opuściłam z (na szczęście) całkowicie zdrowym dzieckiem i już wtedy wagą sprzed ciąży oraz pięknie rozkręconą laktacją, bo córka nie dała mi przespać ani razu w szpitalu dłużej niż dwie godziny. Mijały dni, a z euforii po porodzie nie pozostało nic, za to było ogromne zmęczenie fizyczne i wrażenie że ciągle coś robię źle, bo moje dziecko prawie bez przerwy krzyczy. Właściwie to miałam wrażenie, że jedyne co mi wychodzi, to karmienie piersią. Połóg był trudny, byłam ciągle słaba, ciągle płakałam – ale mówią, że baby blues może trwać sześć tygodni.
Po dwóch miesiącach okazało się, że w szpitalu pozostawili mi się fragmenty łożyska, bo dostałam krótkotrwałego ale krwotoku – miałam szczęście, że nie dostałam od tego zakażenia. Wtedy też jeszcze nie byłam pewna, czy mam depresję. Wyczerpanie fizyczne dawało mi się jednak bardzo we znaki. W najgorszym momencie ważyłam 47 kg i dosłownie po więcej niż 10 minutach na stojąco robiło mi się słabo, a do tego moje wybitnie kolkowe dziecko miało alergie na białka mleka więc musiałam być na diecie bezmlecznej. Okazało się także się typowym „high need baby”. Po ok 5 miesiącach męczarni poszłam do psychologa, który utwierdził mnie w tym, że mam depresję poporodową, oraz skierował do miejsc w których mogę podjąć się terapii.

 

Na szczęście dość szybko udało mi się znaleźć super terapeutkę, co istotne – była to terapia poznawczo-behawioralna, która daje najszybsze efekty w leczeniu depresji. Wstydziłam się tego, że nie radzę sobie, mimo sugestii terapeuty nie poszłam po leki do psychiatry. Na początku o mojej terapii wiedział tylko mój mąż oraz najbliższa przyjaciółka. Jeszcze w trakcie leczenia odważyłam się powiedzieć swojej mamie, która mnie bardzo wspierała i jak się okazało – sama też przechodziła przez depresję poporodową po pierwszym swoim porodzie – a skłonności do tejże są genetyczne. Miałam ogromne wsparcie od męża i mamy. W najgorszych momentach mąż musiał w środku dnia wracać z pracy, bo czułam się tak źle że bałam się że skrzywdzę córkę, dochodziło nawet do tego, że uderzałam ręką w ścianę – sprawiając sobie ból, aby nie zrobić nic dziecku. Z perspektywy wiem, że wtedy powinnam być na lekach przeciw depresyjnych lecz za bardzo się tego obawiałam. Terapia bardzo mi pomogła, a była stosunkowo krótka –  trwała ok 6 miesięcy. Bardzo pomagały mi techniki relaksacyjne, czas tylko dla siebie : jeden dzień w tygodniu od powrotu męża do wieczora miałam tylko dla siebie, wychodziłam z domu i wracałam dopiero jak córka spała (karmiona odciąganym mlekiem). Pomagało nosidełko, słuchawki na uszach z głośną muzyką która dosłownie musiała zagłuszyć krzyki dziecka. Pod sam koniec terapii, kiedy już miałam w głowie wszystko poukładane, skorzystaliśmy z pomocy Sleep Concept, ponieważ od prawie roku nie zdarzyło mi się przespać cięgiem dłużej niż dwie godziny – było to wyjątkowo wyczerpujące. Udało się dojść do momentu dwóch pobudek w ciągu nocy, co dało mi ogromną dawkę energii i wreszcie przestałam się czuć jak zombie. Gdy córka miała trochę ponad rok, ja już byłam po terapii, było mi aż tak dobrze, że nie byłam w stanie nawet sobie do końca wyobrazić co wtedy mi się pojawiało w głowie i jak tak mogło być, byłam całkiem wyleczona, i mimo że córka wymagała mnóstwo uwagi  (przypominam high need baby), w dodatku okazało się że jest wysoko wrażliwa (ma stwierdzoną nadwrażliwość dźwiękową) oraz wymaga ćwiczeń i fizjoterapii, to było nam świetnie razem. Wtedy stwierdziliśmy z mężem, że albo teraz albo nigdy, zawsze chcieliśmy mieć więcej niż 1 dziecko i teraz mam poukładane w głowie, co więcej udało mi się także wyjść (po ponad roku dopiero) ze wszystkich skutków zdrowotnych po porodzie – w tym: hemoroidów, fizjoterapii uroginekologicznej w związku z obniżeniem narządów rodnych, nerwobólami w odcinku lędźwiowym.
I kiedy córka miała półtora roku i wszystko było  z powrotem pięknie, zaszłam w drugą ciąże.

 

Zaraz po tym jak okazało się że jestem w ciąży przyszła pandemia COVID i pierwszy lockdown. Na szczęście ciąża poza pierwszym trymestrem (który mocno mnie wymęczył w obu ciążach –  wymioty ciężarnych) była bez problemowa. Co mi bardzo pomagało na przyszłość: nie bałam się mówić już o przebytej depresji i koleżankom oraz kuzynkom, które także były w ciąży mówiłam, że tak się może zdążyć i żeby nie bały się o tym mówić i prosić o pomoc, i że gdyby się tak zdarzyło, to zawsze mogą ze mną porozmawiać –  bo wiem jak to jest . Pomagało mi dzielenie się swoim doświadczeniem, bo mnie nikt wcześniej o tym nie mówił. Bardzo pomagało mi także, że w tym samym czasie co ja, pierwsze dziecko miała też moja koleżanka i regularnie się spotykałyśmy z naszymi bobasami – a jej syn także był bardzo wymagający, więc mogłyśmy wspólnie ponarzekać, zwłaszcza jak w parkach spotykałyśmy inne mamy z dziećmi dużo spokojniejszymi.

 

Drogi poród na szczęście miałam poprzez cesarskie cięcie, ze wskazania ułożenia pośladkowego. Nie bałam się porodu naturalnego, natomiast wiedząc, że syn był większy (cztery kilogramy po urodzeniu) nie miałabym szans urodzić go naturalnie. W trakcie ciąży – a jednocześnie pandemii – coraz więcej osób wiedziało, że miałam wcześniej depresję poporodowa. Między innymi teściowa, którą mam wspaniałą, i kiedy urodził się syn to z własnej inicjatywy wzięła aż miesiąc urlopu, żeby mi pomóc na początku opieki nad noworodkiem. Następnie moja mama przeszła na emeryturę i także drugi miesiąc po porodzie miałam wsparcie od drugiej osoby. Mąż był ze mną w sumie 6 tygodni po porodzie w domu, pamiętając poprzednie przejścia tym razem chciałam od początku jak najwięcej pomocy i nie bałam się o nią prosić. Dało to swoje efekty, bo pomimo trudnego początku w szpitalu -(tzn. 5 dni podczas szczytu drugiej fali covid i braku jakichkolwiek odwiedzin –  te 5 dni dały mi się bardzo we znaki w szpital) to nie było tak źle. Syn także okazał się kolkowy i cycocholik- na szczęście nie miał alergii na nabiał. Jest także wymagający – ale nie aż tak bardzo jak córka, niestety za to ma osłabione napięcie mięśni i od czwartego miesiąca właściwie jest ciągle na fizjoterapii.

Niestety 3 miesiące po drugim porodzie depresja znowu się odezwała…

 

Córka była ciągle wymagająca, syn też nie spał najlepiej, wyczerpanie fizyczne zaczęło dawać się we znaki, a w dodatku z mężem byliśmy w trakcie budowy domu, która nie dość. że zajmowała sporo czasu i mnóstwo pieniędzy, to jeszcze co chwile okazywało się, że coś się przesunie albo coś jest nie tak. Córka co chwile chorowała w żłobku. Maksymalny czas, w jakim udało się że była ” ciągiem” w placówce – to 3 tygodnie. Tym razem szybciej zareagowałam i poszłam po pomoc, od razu do psychiatry. Na początku jednak nie zdecydowałam się na leki, bo pierwszy psychiatra doradzał odstawienie od piersi. Chwilę później wróciłam na terapię i po krótkim czasie stwierdziłam, że już jest na tyle dobrze, że jej nie potrzebuje. I to był błąd – bo po krótkim czasie wszystko wróciło ze zdwojoną siłą, łącznie z bardzo mocnymi myślami samobójczymi.

Drugi raz trafiłam na psychiatrę, który znalazł leki przy których można karmić. Poza tym – syn już wtedy jadł też inne pokarmy, więc mogłam wpasować leki czasowo tak, aby jak najmniej przedostawało się do mleka. Wróciłam na terapię – tym razem już na lekach. Pandemia, budowa domu, dwoje małych dzieci: w tym jedno Highneed baby a drugie które się budzi co 2-4h i wymaga ciągłej fizjoterapii, to po prostu za dużo na raz na głowie. Aktualnie jestem w dalszym ciągu na lekach i na terapii – bardzo mi pomagają. Syn ma rok i zaczyna dopiero raczkować, więc moje plecy zaczynają odczuwać wreszcie ulgę, a za jakiś miesiąc się będziemy przeprowadzać do nowego domu. Córka poszła do przedszkola, które świetnie na nią działa i bierze pod uwagę jej potrzeby (także nadwrażliwość słuchową) i bardzo dużo jej to daje. Widzę światełko w tunelu, wiem że muszę jeszcze przez jakiś czas brać leki, ale wiem, że jeszcze będzie pięknie, już wszystko powoli zaczyna się układać. Niedługo też będę wracać do pracy – z racji pracy zdalnej. Korzystam od czasu do czasu z pomocy opiekunki, aby wyjść z mężem na 2-3h na randkę lub zrobić coś dla siebie – fryzjer, zakupy czy babskie wyjście.

Rodzice i teściowie są bardzo zaangażowani, nie boję się prosić o pomoc – mimo, że mieszkamy osobno, to bardzo często zajmują się wnuczką.

Ale także zmieniłam podejście do macierzyństwa i nauczyłam się dużo rzeczy odpuszczać. Wolę iść spać z dziećmi o 20-21:00, niż wieczorem obejrzeć film, bo nigdy nie wiem, czy akurat dziś w nocy syn będzie się budzić co godzinę czy co cztery, lub czy córka znowu nie dostanie ataku krtani. Po przeprowadzce do domu zamierzamy z mężem stopniowo odzyskiwać sypialnię – najpierw córkę nauczyć spać we własnym pokoju (którego teraz nie ma), a jakiś czas później syna. Tym razem także nie będę syna podsyłać do żłobka (córka za dużo chorowała, syn od niej niestety też) tylko planuję wynająć opiekunkę na pełny etat, aby móc wrócić do pracy.

Za pierwszym razem powrót do pracy bardzo dużo mi dał, bardzo lubię swoją pracę i tym razem także nie mogę się doczekać powrotu.

 

***

Opublikowane historie to subiektywne, prawdziwe odczucia matek. Nie oceniamy i nie pouczamy, co mogły zrobić lepiej.
W trosce o zdrowie kobiet, które anonimowo zgodziły się podzielić swoimi doświadczeniami, komentarze z „dobrymi radami” lub „krytyka” – będą usuwane.
Historie te maja na celu pomóc innym mamom o zbliżonych doświadczeniach odnaleźć się w podobnych sytuacjach, nie służą natomiast do oceny przez inne matki.