Historia #2

Historia #2

Okres ciąży był najpiękniejszym czasem w moim życiu. Nigdy nie czułam się tak szczęśliwa.
Spodziewałam się szybkiego porodu ze względu na fakt, że kobiety w mojej rodzinie tak właśnie rodziły. Byłam pewna, że w moim przypadku też tak będzie.
Po całej nocy w skurczach pojechaliśmy z mężem do szpitala. Pierwsza faza porodu ciągnęła się w nieskończoność, bóle coraz silniejsze, krzyżowe (które totalnie mnie zaskoczyły). Stanowczo odmówiłam znieczulenia. Miałam przekonanie, że musze sobie poradzić, być cicho i słuchać położnej – wtedy na pewno urodzę szybko i wszystko będzie dobrze.
Co jakiś czas zerkałam na zegarek, czułam coraz większą presję, czułam że nie daję rady.
Nastawienie położnej nie pomagało. sugerowała mi, że się nie staram, była wyraźnie zirytowana. Pozycja werykalna była jedyną, w której ból krzyża ustępował.
Nie mogłam w niej jednak zostać. Usłyszałam „dobra, teraz rodzimy po mojemu”.
Obrócono mnie na plecy i w tej klasycznej pozycji musiałam rodzić, chociaż zupełnie nie umiałam się w niej odnaleźć.
Byłam już tak wyczerpana, że nie mogłam nic powiedzieć.. trudno się w sumie dziwić położnej, że podjęła za mnie decyzję skoro nie usłyszała słowa sprzeciwu.
Parłam z całych sił a poród nie postępował..
W pewnym momencie przyszedł lekarz: „musimy pani pomóc, bo dziecku spada tętno”. I zaraz położna: „bez nacięcia nie damy rady, jak poczujesz skurcz przyj z całej siły”.
Ten obraz był przerażający… położna z nożyczkami, lekarz z przygotowanym łokciem do wypchnięcia dziecka. Byłam szczerze przerażona tym co będzie.
Przyszedł skurcz i stało się, lekarz położył się na mnie wypychając dziecko, a położna w tym czasie zrobiła nacięcie. Dziecko jest, nareszcie koniec…
Płacze, wszystko w porządku. Poczułam ulgę ale jednocześnie jakbym oddaliła się od siebie. Czułam, że to takie nierealne…
Wyszeptałam do męża, że nie dałam rady, płakałam. Męża wyproszono, nie mogliśmy razem spędzić tej ważnej chwili.
Całe 4 dni na oddziale przepłakałam. Trzymały mnie tylko wizyty męża i jego wsparcie.
Czułam że nie dałam rady, miałam poczucie winy i pełno trudnych myśli… Że to był błąd, że mogłam nie podejmować decyzji o macierzyństwie.
Do tego zupełnie skrajne emocje wobec mojej córeczki. Winiłam ją za cały ten trudny poród, jednocześnie bardzo się starałam nie okazać jej negatywnych emocji.
Ciągle ją przytulałam, mówiłam że ją kocham. Chociaż, prawdę mówiąc, jeszcze tego nie czułam…
Położne na oddziale nie pomagały, krytykowały, dawały sprzeczne komunikaty i zalecenia. Jedynie dwie z nich były pomocne, ciepłe i wspierające.
Pierwsze miesiące macierzyństwa pamietam bardzo wybiórczo. Mam pojedyncze wspomnienia.
Od początku było trudno, córcia była wymagająca, a ja w ciągłej presji, że muszę wszystko robić najlepiej, że muszę sobie radzić, że nie powinnam narzekać, że muszę karmić, dobrze wyglądać, mieć porządek, codziennie obiad i jeszcze się tym wszystkim cieszyć.
Jak mała miała 3 miesiące poszłam na psychoterapię, bo baby blues nie mijał, a ja czułam się coraz gorzej.
Sesje pomagały, wychodziłam na prostą, córka rosła, zaczęła przesypiać noce i było nam coraz łatwiej.
Zdecydowaliśmy się na kolejne dziecko, które straciliśmy jeszcze w pierwszym trymestrze.
Rozsypałam się zupełnie. Wróciłam na psychoterapię, skąd zostałam skierowana do psychiatry z podejrzeniem depresji.
Diagnoza została potwierdzona, wdrożyłam leczenie i dopiero po kilku tygodniach zobaczyłam co to znaczy radość z macierzyństwa.
A moja córeczka miała wtedy już prawie 3 lata…

 

***

Opublikowane historie to subiektywne, prawdziwe odczucia matek. Nie oceniamy i nie pouczamy, co mogły zrobić lepiej.
W trosce o zdrowie kobiet, które anonimowo zgodziły się podzielić swoimi doświadczeniami, komentarze z „dobrymi radami” lub „krytyka” – będą usuwane.
Historie te maja na celu pomóc innym mamom o zbliżonych doświadczeniach odnaleźć się w podobnych sytuacjach, nie służą natomiast do oceny przez inne matki.